Aida „Night of the Proms” 2011
Night of the Proms 2011 we Frankfurcie było jedną z tych edycji, w których naprawdę „wszystko się zgadzało”. Skład artystów łączył wielkie nazwiska, klasyczną elegancję i popowy fun – dokładnie to, za co kocha się tę formułę. Na scenie pojawili się: Seal, Alison Moyet, Chic feat. Nile Rodgers, Stanfour, włoskie sopranistki DIV4S oraz oczywiście John Miles, a całość spinały Il Novecento i chór Fine Fleur.
Największą gwiazdą wieczoru był Seal. Jego charakterystyczny, ciepły głos i soulowy sposób śpiewania w symfonicznej oprawie zabrzmiały znakomicie. „Kiss from a Rose”, „Crazy” czy „Killer” w wersji z orkiestrą nabrały dodatkowej głębi – to były te momenty, kiedy Festhalle zamieniała się bardziej w wielki teatr niż w halę koncertową.
Drugą ważną postacią była Alison Moyet, legenda brytyjskiej sceny, która wniosła na scenę mieszankę melancholii, siły i absolutnej wokalnej klasy. „All Cried Out” czy „Don’t Go” zabrzmiały mocno i szlachetnie jednocześnie – dokładnie tak, jak można oczekiwać od Promsów, gdy pop spotyka orkiestrę.
Zupełnie inną energię przyniósł Nile Rodgers & Chic. To był czysty groove – „Le Freak”, „Good Times” i „I Want Your Love” rozbujały całą halę. Orkiestra dodała tym utworom rozmachu, ale rdzeń pozostał ten sam: funk, disco i nieprawdopodobne poczucie rytmu. To były te fragmenty wieczoru, kiedy trudno było usiedzieć na miejscu.
Stanfour reprezentowali nowsze pokolenie niemieckiej sceny. Ich gitarowe, melodyjne granie świetnie wypadło w symfonicznej oprawie – utwory takie jak „Wishing You Well” czy „For All Lovers” zabrzmiały szerzej i bardziej filmowo niż w wersjach studyjnych. Publiczność przyjęła ich bardzo ciepło.
Za klasyczną stronę wieczoru w dużej mierze odpowiadały DIV4S – cztery włoskie sopranistki, które połączyły operowe arie i crossoverowe fragmenty w efektowne, emocjonalne mini-spektakle. Ich medley „divowych” hitów oraz „Con te partirò” były tymi momentami, kiedy Proms najbardziej zbliża się do opery, ale bez utraty lekkości.
I wreszcie John Miles – jak zawsze w swojej stałej, symbolicznej roli. W 2011 roku znów wykonał „Music”, a także pojawiał się w innych fragmentach programu. Jego obecność była czymś oczywistym, naturalnym – jak stały punkt wszechświata Promsów. Dopiero z perspektywy czasu widać, jak ważne były te „oczywiste” chwile.
Całość spinała orkiestra Il Novecento oraz chór Fine Fleur, z charakterystycznym połączeniem klasyki, filmowych aranżacji i zabawy konwencją – od suity z „Króla Lwa” po zderzenia muzyki poważnej z popowymi hitami w specjalnych medleyach. To właśnie oni sprawiali, że wszystkie te różne światy – soul, disco, pop, rock i opera – układały się w jedną spójną opowieść.
Night of the Proms 2011 we Frankfurcie to był wieczór, który miał wszystko: wielkie głosy, świetny groove, mocne emocje i tę specyficzną mieszankę filharmonii i popowego show. Jeden z tych roczników, do których spokojnie można wracać pamięcią – i niczego by się w nim nie zmieniło.
